Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 73
i Syna, i Ducha Świętego, niech was Bóg błogosławi, dzieciaczki moje!
Wsparty na dzieciach, poszedł kilka kroków, ale jęknął nagle i padł martwy na łóżko.
Paweł, zakonnik, Maciuś, czeladź rozbiegli się zaraz po doktora, puszczono mu krew z rąk obu i nóg, ale poszło tylko kilka kropel, chrapał przez chwilę i ucichł.
— Nie ma co, po tylu uderzeniach krwi teraz już na dobre apopleksja. Nie ożyje poczciwiec — rzekł doktor puszczając zimną rękę.
Marcysia zemdlała na ręku Józiaka, który z płaczliwym jękiem całował spracowane dłonie zmarłego.
— Przenajsłodsze imię Jezu! Nie doczekał oto człeczysko ani ślubu córki, ani nawet imienin na świętego Szczepana. A wróżył se, precz wróżył od dawna.
— Ano, już tam Krakowiak rozmawia z Dzieciątkiem Bożym — rzekł zakonnik, któremu łzy gradem opadły na habit.
— Prawdę powiedział, że nas coraz mniej — szepnął doń Paweł, który ile razy spojrzał na poczciwą, dziobatą twarz, na grube rysy już mgłą śmierci owiane tego zacnego stworzenia, co samym tylko sercem żyło na świecie, płakał rzewnymi łzami, którymi człowiek gorącego serca, ale zimniejszej duszy nie szafuje tak często.
Maciuś jak słup stał przy drzwiach nieruchomy.
Ledwie od ojca odszedł doktor, musieli go przyzwać do córki. Biedactwo rozchorowało się straszliwie.
I tak po biesiadzie serdecznej, w pogodną noc grudniową, wśród dobrych ludzi, smutek i żałoba w domku na Głębokiej, gdzie cztery lat temu przy dwóch obłudnych współbiesiadnikach takie było życie i wesołość. Trudno! I źli, i dobrzy zasypiają co chwila snem wiekuistym. Po dobrym jednak zostaje tchnienie niebiań-
Wsparty na dzieciach, poszedł kilka kroków, ale jęknął nagle i padł martwy na łóżko.
Paweł, zakonnik, Maciuś, czeladź rozbiegli się zaraz po doktora, puszczono mu krew z rąk obu i nóg, ale poszło tylko kilka kropel, chrapał przez chwilę i ucichł.
— Nie ma co, po tylu uderzeniach krwi teraz już na dobre apopleksja. Nie ożyje poczciwiec — rzekł doktor puszczając zimną rękę.
Marcysia zemdlała na ręku Józiaka, który z płaczliwym jękiem całował spracowane dłonie zmarłego.
— Przenajsłodsze imię Jezu! Nie doczekał oto człeczysko ani ślubu córki, ani nawet imienin na świętego Szczepana. A wróżył se, precz wróżył od dawna.
— Ano, już tam Krakowiak rozmawia z Dzieciątkiem Bożym — rzekł zakonnik, któremu łzy gradem opadły na habit.
— Prawdę powiedział, że nas coraz mniej — szepnął doń Paweł, który ile razy spojrzał na poczciwą, dziobatą twarz, na grube rysy już mgłą śmierci owiane tego zacnego stworzenia, co samym tylko sercem żyło na świecie, płakał rzewnymi łzami, którymi człowiek gorącego serca, ale zimniejszej duszy nie szafuje tak często.
Maciuś jak słup stał przy drzwiach nieruchomy.
Ledwie od ojca odszedł doktor, musieli go przyzwać do córki. Biedactwo rozchorowało się straszliwie.
I tak po biesiadzie serdecznej, w pogodną noc grudniową, wśród dobrych ludzi, smutek i żałoba w domku na Głębokiej, gdzie cztery lat temu przy dwóch obłudnych współbiesiadnikach takie było życie i wesołość. Trudno! I źli, i dobrzy zasypiają co chwila snem wiekuistym. Po dobrym jednak zostaje tchnienie niebiań-
www.distill.pl