Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 74
skie, co podnosi i uzacnia dusze pozostałych; łzy dlań wylewane wdzięcznie zbiera duch jego, czuwa wspomnieniem i przykładem nad gromadką przyjazną, w samej śmierci jeszcze czerpającą popęd do lepszego życia, bratając się żalem, współczuciem i tą pewnością świętszego, piękniejszego świata, gdzie swoi się ujrzą i połączą znowu.
Nad samym rankiem dopiero wrócił Paweł do siebie. Po tylu wzruszeniach nie mógł zamknąć oczu i kiedy słońce zajrzało do stancyjki, jakoś mu teraz smutno przez zamarzłe szyby oświeciło jej samotność, którą jednak tak lubił, tak nawykł do niej. Nieledwie machinalnie sięgnął do stolika przy łóżku i wydostawszy pomięty liścik Anieli, podczas choroby otrzymany, po setny raz przeczytał te słowa:
„Mieliśmy wyjeżdżać pojutrze za granicę. Dowiedziawszy się, żeś pan zachorował, wstrzymałam jeszcze wyjazd, badają mnie tu, dlaczego. Na miłość boską, donieś mi, jak się masz, bo jeżeli natychmiast nie odbiorę odpowiedzi przez Grzybińską, nie bacząc na nic pojadę sama do Warszawy i muszę cię widzieć koniecznie. Znając mnie wiesz pan, że dotrzymam słowa, zlituj się więc nade mną i nie zwlekaj odpowiedzi."
Odpisawszy jej, że prawie już zdrów zupełnie, o mało recydywą nie opłacił szlachetnego kłamstwa... Aniela odjechała do Włoch z mężem i siostrą. Chociaż podczas jej nieobecności miał jechać do Gierzejów, ukończyć budowę kaplicy, archanielskich oczu może już nie zobaczy nigdy... wczoraj znów był świadkiem śmierci poczciwego człowieka... smutniej mu było coraz w samotnej stancyjce. Odezwały się dzwony, głoszące Narodziny Pańskie. Ubrał się i poszedł do kościoła.