Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 76
wać!" A przenajsłodsze imię Jezu, i nie mam dotrzymać słowa poczciwemu człowiekowi, świeć, Panie, nad jego duszą! — zawołała podnosząc w ręku srebrny znak żołnierski na niebieskiej wstążce*, który, nachyliwszy się nad dołem, z głośnym łkaniem spuściła na trumnę.
Padła ziemia garściami i łopaty grabarskie stuknęły o wieko... Marcysię gwałtem uprowadzili. Dopiero za rogatkami zobaczyła, że ją prócz kobiet i Józiaka prowadzi Paweł, któremu przypomniała ostatnie słowa Szczepaniaka, szepcząc ochrzypłym od płaczu głosem:
— Bóg zapłać, poczciwy panie budowniczy!
Tuliła się do Józiaka, co jej teraz miał zastąpić wszystkich na świecie, a sieroctwo zobopólne jednoczyło ich jeszcze bardziej. Lecz dopiero za rok i sześć niedziel mogli stanąć przed ołtarzem.
Na Dzikiej ulicy spotkał ich dorożkę dopiero teraz jadący na pogrzeb z matką Gulmańcewicz, który dowiedział się o śmierci starego od Pawła. Poznała ich Marcysia i zimno odkłoniła się obojgu. Marcel niechętnym okiem patrząc na Józiaka, towarzyszącego dziedziczce domku na Głębokiej i przy tym zapewne gotóweczki niemało, kiwał i wołał na Pawła, że wujenka chce z nim pomówić, ale Paweł nie chciał opuszczać ludzi, dla których był życzliwszy niż dla kuzynów i którzy go po bratersku kochali.
Po pogrzebie, na piwie u Kaźmirusa przed rogatkami Powązkowskimi, majstrowie Polacy i nawet Niemcy, czeladź, członkowie bractwa, jednozgodnie żałując i słuszność oddając zmarłemu, radzili o córce, jakby
Padła ziemia garściami i łopaty grabarskie stuknęły o wieko... Marcysię gwałtem uprowadzili. Dopiero za rogatkami zobaczyła, że ją prócz kobiet i Józiaka prowadzi Paweł, któremu przypomniała ostatnie słowa Szczepaniaka, szepcząc ochrzypłym od płaczu głosem:
— Bóg zapłać, poczciwy panie budowniczy!
Tuliła się do Józiaka, co jej teraz miał zastąpić wszystkich na świecie, a sieroctwo zobopólne jednoczyło ich jeszcze bardziej. Lecz dopiero za rok i sześć niedziel mogli stanąć przed ołtarzem.
Na Dzikiej ulicy spotkał ich dorożkę dopiero teraz jadący na pogrzeb z matką Gulmańcewicz, który dowiedział się o śmierci starego od Pawła. Poznała ich Marcysia i zimno odkłoniła się obojgu. Marcel niechętnym okiem patrząc na Józiaka, towarzyszącego dziedziczce domku na Głębokiej i przy tym zapewne gotóweczki niemało, kiwał i wołał na Pawła, że wujenka chce z nim pomówić, ale Paweł nie chciał opuszczać ludzi, dla których był życzliwszy niż dla kuzynów i którzy go po bratersku kochali.
Po pogrzebie, na piwie u Kaźmirusa przed rogatkami Powązkowskimi, majstrowie Polacy i nawet Niemcy, czeladź, członkowie bractwa, jednozgodnie żałując i słuszność oddając zmarłemu, radzili o córce, jakby
www.distill.pl