Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 78
obejście potrzebne było dla zakładu — dodając mu znaczenia i poloni.
— Masz ty, sakr-panie, fersztand do stu set rac i moździerzy — dodawał eks-tamburmażor poprawiając sobie plaster na oku.
Od niejakiego czasu porozumiawszy się znów z Kociem na drodze jamai, którą im się więcej poznaje, tym się bardziej do niej nawyka, on to mu głównie doradził ten kierunek połowu i pełnił często obowiązki wprowadzacza na zebrania, do których należał czasem i pan Baltazar Jabłuszko, ale to tylko do wyborowych.
Przez parę miesięcy szło dosyć pomyślnie. Marcelek znów jak lalusia ubrany bywał co dzień u pani Domci, raz na dwa tygodnie u matki, nie zajrzał do Pawła, któremu na ulicy kłaniał się lekko, z całą wyższością lakierków i modnego kapelusza, a marzył jak i przedtem o ulubionym przedmiocie: o bogatej jakiej niebiance, której pobłażał w myśli nawet siedmdziesiąt wiosen.
Wtem... jakiejś rybie w kożuszku, kiedy obcięta i podcięta wracała do domu, a gospodarz odprowadzał, zginął trzosik; któremuś przedpokojowemu powiernikowi od sędziwej hrabiny Protojodureckiej ulotnił się podczas gry zegarek i mimo najściślejszej rewizji przez gospodarza zarządzonej nie dał się odszukać. Kiedyś znów Chałkowi Barbones, przyjacielowi Porucznika, Jabłuszki i Kocia, wiernemu jego partnerowi w domino, zakrwawiło się serce, że go nie przypuścił do motii, a ograł co do grosza na siódemkę aplikanta na woźnego przy kasie, który Bóg wie skąd przyniósł kilkadziesiąt rubli; kiedyś mu nawet Porucznik powiedział:
— Masz ty, sakr-panie, fersztand do stu set rac i moździerzy — dodawał eks-tamburmażor poprawiając sobie plaster na oku.
Od niejakiego czasu porozumiawszy się znów z Kociem na drodze jamai, którą im się więcej poznaje, tym się bardziej do niej nawyka, on to mu głównie doradził ten kierunek połowu i pełnił często obowiązki wprowadzacza na zebrania, do których należał czasem i pan Baltazar Jabłuszko, ale to tylko do wyborowych.
Przez parę miesięcy szło dosyć pomyślnie. Marcelek znów jak lalusia ubrany bywał co dzień u pani Domci, raz na dwa tygodnie u matki, nie zajrzał do Pawła, któremu na ulicy kłaniał się lekko, z całą wyższością lakierków i modnego kapelusza, a marzył jak i przedtem o ulubionym przedmiocie: o bogatej jakiej niebiance, której pobłażał w myśli nawet siedmdziesiąt wiosen.
Wtem... jakiejś rybie w kożuszku, kiedy obcięta i podcięta wracała do domu, a gospodarz odprowadzał, zginął trzosik; któremuś przedpokojowemu powiernikowi od sędziwej hrabiny Protojodureckiej ulotnił się podczas gry zegarek i mimo najściślejszej rewizji przez gospodarza zarządzonej nie dał się odszukać. Kiedyś znów Chałkowi Barbones, przyjacielowi Porucznika, Jabłuszki i Kocia, wiernemu jego partnerowi w domino, zakrwawiło się serce, że go nie przypuścił do motii, a ograł co do grosza na siódemkę aplikanta na woźnego przy kasie, który Bóg wie skąd przyniósł kilkadziesiąt rubli; kiedyś mu nawet Porucznik powiedział:
www.distill.pl