Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 79
— Ej, sakr, Kociu, nie tak od razu na bagnety! Z jamają ostro można, bo milczy, ale z przyjaciołmi prezentuj broń, do miliona karabinów... mają, widzisz, ozór, sakr, ozór... a z gośćmi po czwartacku: jeden chaps, drugi myk, trzeci ślad zamiata... Czujesz?
— E, pleciesz! Kto mi tam czego dowiedzie? Powiedziałem sobie, że będą pieniądze, i będą... No, jeszcze po piątym, do ciebie, stary! Ulep alembik! Trzeci numer! — odrzekł Kocio, na którym już i przy obcych ani śladu nie znać było dawnej grzeczności, tylko milczał jeszcze bardziej przy grze i po grze.
— Pij zdrów, sakr, spuście! Ale rejterada, póki czas... bo oto widzisz i Baltazar zwąchał, że się tu nie pokazuje, i Gulmańcewicz chce się wynieść, i Chałek cóś tam szczeka.
— Czy ci ten baran Gulmańcewicz wspominał, że się chce wynieść, a o Chałku z pewnością słyszałeś?
— O Gulmańcewiczu bąknął cóś Baltazar... pewno smyka Domcia namawia, bo on tam czasem bywa u niej, a Chałek to mściwa kanalia.
— No, no, po jednym jeszcze. Zdrowie Domci! — zawołał Kocio robiąc szczękami gwałtownie. Podrapawszy się po krostowatej twarzy, aż mu krew popłynęła, rzucił się na kanapę.
Porucznik odszedł.
Wkrótce potem wrócił z miasta Marcelek i zdejmując świeże rękawiczki poczęstował go ciastkami, których nie chciała jeść Domcia, bo ją zęby bolały.
— Ja cię tu lepiej poczęstuję! — wrzasnął rozwścieczony gniewem i jamają szlafkamrat, który potrzebował na kimkolwiek wywrzeć złość zebraną.
I wymówiwszy mu, że nie płacąc za mieszkanie, utrzymując się i strojąc z jego pracy, z motyjek przy grze, jeszcze obłudnie chce mu szkodzić za oczy, wynosić się jakby od zbrodniarza jakiego, przylepił mu