Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 8
imię Aniela — odparła żartobliwie kobieta zastanawiając się nagle. — Prawda! pannie służącej od macochy na imię Karolina. Może więc to do niej! Porozumiej się pani z nią, to dobra dziewczyna i nie będzie chciała mieć na sumieniu choroby panny Szczepaniak. Żegnam panią.
— Jaśnie wielmożna pani! — odezwała się pokorniuteńko Jabłuszkowa. — Dziwią się wszyscy, że człowiek tak niewdzięczny, fałszywy, zły syn, plotkarz, oszukaniec, którego matka wyłudziła u poczciwego kowala, ojca właśnie panny Szczepaniak, kilkanaście tysięcy — może bywać w takim domu jak u państwa. Pani mnie nie uwierzy może, ale przysięgam się na moje dzieci drobne, że widując go wieczorami w dorożce z jakąś damą zawoalowaną, ludzkie języki nie lubiące oszczędzać, piękna rzecz, żeby szanownymi osobami pomiatać miały i nazwiska ich łączyły z takim niegodziwcem, który niezawodnie sam chwali się i rozgłasza nieprawdopodobne wieści.
— Któż pani jesteś?
— Krewna panny Szczepaniak, wdowa po urzędniku — odrzekła Jabłuszkowa zmyślając jakieś nazwisko.
— Racz więc pani zapewnić swoję kuzynkę, żeby była spokojna, bo gdybym dowiedziała się nawet, że przed którą ze służących moich pan Gulmańcewicz składa hołdy, zaręczam pani, że po tym wszystkim, coś mi pani powiedziała, oddaliłabym ją ze służby natychmiast. Adieu! — rzekła z tonem i gestem, po którym Domiceli z Papierowskich wypadało tylko jeszcze raz przeprosić, ukłonić się i odejść.
— A co, kuzynko? Może nieprawda, jakże się udało? — zapytał Kocio podając jej rękę na ulicy.
— Obtarłam mu nosek tak uczciwie, że, zdaje mi
— Jaśnie wielmożna pani! — odezwała się pokorniuteńko Jabłuszkowa. — Dziwią się wszyscy, że człowiek tak niewdzięczny, fałszywy, zły syn, plotkarz, oszukaniec, którego matka wyłudziła u poczciwego kowala, ojca właśnie panny Szczepaniak, kilkanaście tysięcy — może bywać w takim domu jak u państwa. Pani mnie nie uwierzy może, ale przysięgam się na moje dzieci drobne, że widując go wieczorami w dorożce z jakąś damą zawoalowaną, ludzkie języki nie lubiące oszczędzać, piękna rzecz, żeby szanownymi osobami pomiatać miały i nazwiska ich łączyły z takim niegodziwcem, który niezawodnie sam chwali się i rozgłasza nieprawdopodobne wieści.
— Któż pani jesteś?
— Krewna panny Szczepaniak, wdowa po urzędniku — odrzekła Jabłuszkowa zmyślając jakieś nazwisko.
— Racz więc pani zapewnić swoję kuzynkę, żeby była spokojna, bo gdybym dowiedziała się nawet, że przed którą ze służących moich pan Gulmańcewicz składa hołdy, zaręczam pani, że po tym wszystkim, coś mi pani powiedziała, oddaliłabym ją ze służby natychmiast. Adieu! — rzekła z tonem i gestem, po którym Domiceli z Papierowskich wypadało tylko jeszcze raz przeprosić, ukłonić się i odejść.
— A co, kuzynko? Może nieprawda, jakże się udało? — zapytał Kocio podając jej rękę na ulicy.
— Obtarłam mu nosek tak uczciwie, że, zdaje mi
www.distill.pl