Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 80
cybuchem kilka uczciwych smarowań. Darmo Marcelek klął się ze łzami, że ani myślał się wyprowadzić, na próżno robił skoki ortopedyczne, błagał go, żeby szanował nowy paltonik — puszczono go dopiero, aż się cybuch połamał w kawałki.
— Idź teraz na złamanie karku, z ciastkami twymi razem, słodkiewiczu! — zawołał śmiejąc się pogardliwie z łez na składnej twarzyczce, w którą jeszcze cisnął papataczem i babką śmietankową.
— O pójdę, moi j'irai, Monsieur Kocio — odrzekł Gulmańcewicz podnosząc pomięty kapelusz. — Moi j'irai, Monsieur! — powtórzył na wschodach, poprawiając nieład ubioru i płacząc ze złości. „Moi j'irai dans 1'instant même" — pomyślał wyszedłszy na ulicę i pędem pobiegł do Jabłuszkowej.
Frycówka ta jeszcze pijaka nie zadowolniła. Poszedł na domino, gdzie wiedział, że zastanie Chałka, zaprosił go do siebie na jamaję i puścił w taniec jeszcze energiczniejszy niż Gulmańcewicza. Dopiero położył się spać.
Obudziwszy się wieczorem, wytrzeźwiony zupełnie — jak przez mgłę pamiętał o tym, co zaszło — humor mu wydobrzał, palce nabrały gibkości. Ćwicząc się nową talią w różnych zagadnieniach gry wyższej, czekał na gości. Przyszło kilku — bank już gotów, poniterzy stawiają, wtem zabrzękło na wschodach, niepostrzeżenie weszła policja, zabrała bankiera i ponotowała nazwiska obecnych.
Wyszły skądsiś na jaw historyjki rozliczne: Barbones przyprowadził Żydków, którym kilka razy podejrzane rzeczy sprzedawał; wezwany na świadka Marcel nadmienił coś o elementarnych sposobach łowienia