Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 81
ryb, o trzosiku, który Kocio wróciwszy w nocy wysypał myśląc, że śpi szlafkamrat, co chrapał dla niepoznaki... i Kocio pojechał na Pawiaka, według przepowiedni Jabłuszkowej. Wierny atoli przyrzeczeniu, chcąc się zemścić za wyznanie o trzosie, przyznał, że go sam wyciągnął, ale podzielił się zarobkiem i dał go do schowania Marcelkowi, który, chcąc się uniewinnić, na niego wszystko zwalił. Nie ograniczając się na tym, jeszcze go oskarżył o wykradzenie pugilaresu Porucznikowi i powoływał się na tegoż świadectwo, co schwytawszy go na gorącym uczynku, przez wzgląd jedynie na młodość, wybaczył mu. Szczęściem, Porucznik prysnął gdzieś z Warszawy, ale utworzyła się sprawa, w której co chwila powoływano Marcela. Kocio co dzień nowe zarzuty wymyślał. Jedynie przez wpływy matki, która ostatek pieniędzy, suknie i meble pozastawiała, aby wyratować jedynaka, i przez stosunki Pawła udało się mu wypłynąć jako tako.
— Ach! Boże, to kara wielka! ale też może i ostatnia nauka dla Marcela; widzisz, mon enfant, jak to źle nie słuchać matki i wdawać się z ludźmi tak nisko położonymi — mówiła mu raz matka.
— Ma chère maman! Strzeżże mnie, Boże, czybym się z nimi wdawał, gdybym miał, przypuściwszy, choć te dwanaście tysięcy, co mama na proces straciła.
— Mon cher Monsieur Paul! Wpłyńże tam pan na niego, pomieść go gdzie, zmiłuj się!
— Proszę mamy, co tam Polunia trudzić? Budowniczym ani urzędnikiem, ani uczonym nie myślę być. Zresztą już sobie teraz poradzę; prosiłbym tylko mamy teraz o kilka rubli, a może ty, Poluniu, mógłbyś mi pożyczyć?
— Ostatnie! — rzekł Paweł rzucając mu trzy ruble. — Radźże sobie i bywaj zdrów raz na zawsze — dodał spojrzawszy litośnie na wujenkę.
— Ach! Boże, to kara wielka! ale też może i ostatnia nauka dla Marcela; widzisz, mon enfant, jak to źle nie słuchać matki i wdawać się z ludźmi tak nisko położonymi — mówiła mu raz matka.
— Ma chère maman! Strzeżże mnie, Boże, czybym się z nimi wdawał, gdybym miał, przypuściwszy, choć te dwanaście tysięcy, co mama na proces straciła.
— Mon cher Monsieur Paul! Wpłyńże tam pan na niego, pomieść go gdzie, zmiłuj się!
— Proszę mamy, co tam Polunia trudzić? Budowniczym ani urzędnikiem, ani uczonym nie myślę być. Zresztą już sobie teraz poradzę; prosiłbym tylko mamy teraz o kilka rubli, a może ty, Poluniu, mógłbyś mi pożyczyć?
— Ostatnie! — rzekł Paweł rzucając mu trzy ruble. — Radźże sobie i bywaj zdrów raz na zawsze — dodał spojrzawszy litośnie na wujenkę.
www.distill.pl