Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 82
VII
Marcelek tak zaczął jakoś radzić sobie, że się znów wprowadził do Jabłuszków, z Chałkiem Barbonesem oraz innymi ejusdem farinae przestawać zaczął często; pomagał Baltazarowi w sprawach; kręcił się także modnie ubrany pomiędzy hulaszczą młodzieżą; od Domiceli z Papierowskich wypełniał zlecenia rozmaite: chodził do lombardu, gdzie zastawiwszy rzeczy interesanta dawali mu pieniądze, co ich nic nie kosztowały, za które by płacił cztery od sta na rok, a brali cztery od sta na tydzień; konferował z Moramszą i ze znajomymi jej innymi kobietami. Sprytnie zaś wypełniał to wszystko, wyprzystojniał znów, zmężniał na dobrym stole Baltazarów. Domicela od dawna już dzień w dzień swarzyła się z mężem słowami i rękami. Któregoś ranka, przywiedziona do ostatniej pasji zazdrosnym wymysłem na nią o Marcela i stłuczoną wazą kryształową, na którą Jabłuszko w uniesieniu dysputy pchnięty, szanownym czołem rozbił na połowę, rzekła doń łagodnie:
— Zabieraj swoje manatki, co moje, zostaw i wynoś mi się stąd, niedołęgo, bo nie ręczę za siebie!
— Jestem nie wiedzieć kim, Domciu... czy wiesz, co mówisz, aniołku! Daję najświętsze słowo honorowe, oszalałaś chyba.
— To za ten wymysł jeszcze dziś mi się wyniesiesz, rozumiesz?
— Ależ co? Domciu? Zastanów się, koteczko! Czy się tak mówi do męża, do najprawdziwszego, najślubniejszego męża?
— Piękny mi mąż! Kto więcej zarabiał? Czy ty swoim wielkim rozumem i sprawami głupimi, czy ja?