Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 85
dziesięciu tysiącami, którymi uniknęłaby wymówek o dwanaście utopionych w procesie, co przypominał jej syn zawsze, odwiedzając raz na miesiąc, napisała do niego, że jest chorą i chciałaby go widzieć.
Marcel nie przyszedł na wezwanie matki, a kiedy w rok potem ostatni z Gulmańcewiczów brał ślub z Domicelą z Papierowskich, primo voto Jabłuszkową, Barbara z Kalbfleischów, ulegając prośbie jedynaka, zaprowadziła ją do ołtarza. Ale to tylko na tę jedną uroczystość zawezwano matkę. Kiedy przyszła czasem ich odwiedzić, służąca na rozkaz pani prawie zawsze odpowiadała, że nie ma państwa w domu, a Marcel, nieraz rozwalając się w dorożce z energiczną swoją połowicą, nie poznawał i nie kłaniał się pochylonej, drżącej kobiecie w czarnej lichej sukni, z książką pod pachą idącej chwiejącym krokiem do kościoła lub z kościoła do domu.
VIII
— Józiaczku! trzeba zdjąć pięknie czapeczkę, bo to domek Boży, synku! — mówiła przystojna bardzo kobieta do trzechletniego chłopaczka, po krakowsku ubranego, stając koło kościoła Panny Marii.
— A Przenajświętsza Panno Sokalska, toćże on to już rozumie, nie bój się, pani Marcysiu, strach, jaki mądry chłopulek — odparła staruszka w schludnym przyodziewku, jak gołąb siwa, a jak struna wyprostowana, która go prowadziła za rękę.
O parę kroków za kobietami szło dwóch mężczyzn: rozmawiali żywo.
— Mówię panu budowniczemu, że jakby cień dawnej pozostał, tylko te same oczy zawsze piękne, smut-
Marcel nie przyszedł na wezwanie matki, a kiedy w rok potem ostatni z Gulmańcewiczów brał ślub z Domicelą z Papierowskich, primo voto Jabłuszkową, Barbara z Kalbfleischów, ulegając prośbie jedynaka, zaprowadziła ją do ołtarza. Ale to tylko na tę jedną uroczystość zawezwano matkę. Kiedy przyszła czasem ich odwiedzić, służąca na rozkaz pani prawie zawsze odpowiadała, że nie ma państwa w domu, a Marcel, nieraz rozwalając się w dorożce z energiczną swoją połowicą, nie poznawał i nie kłaniał się pochylonej, drżącej kobiecie w czarnej lichej sukni, z książką pod pachą idącej chwiejącym krokiem do kościoła lub z kościoła do domu.
VIII
— Józiaczku! trzeba zdjąć pięknie czapeczkę, bo to domek Boży, synku! — mówiła przystojna bardzo kobieta do trzechletniego chłopaczka, po krakowsku ubranego, stając koło kościoła Panny Marii.
— A Przenajświętsza Panno Sokalska, toćże on to już rozumie, nie bój się, pani Marcysiu, strach, jaki mądry chłopulek — odparła staruszka w schludnym przyodziewku, jak gołąb siwa, a jak struna wyprostowana, która go prowadziła za rękę.
O parę kroków za kobietami szło dwóch mężczyzn: rozmawiali żywo.
— Mówię panu budowniczemu, że jakby cień dawnej pozostał, tylko te same oczy zawsze piękne, smut-
www.distill.pl