Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 86
ne i poczciwe. Pan Beleński prawie nic się nie zmienił, a siostra jej, ta dawna panna Karolina, ma już synka prawie tak sporego jak mój, mąż jej ślepy na jedno oko, ale grzeczny jakiś bardzo człowiek. Ach! jakże mnie wypytywali, jak ciekawi pana obaczyć! Pójdzie pan tam jutro, panie Pawle? — pytał mężczyzna silnej budowy, z mocnym, ciemnym zarostem.
— Wątpię, mój bracie! Mam tyle zajęcia, że nie wiem, czy mi czas pozwoli — odparł Paweł, na którego spokojnej twarzy czas i praca naznaczyły poważniejsze ślady, chociaż oczy i usta młodzieńczy, swobodny wyraz ożywiał.
— To może w tych dniach! bo zabawią dłużej. Obstalowali u mnie cały nowy garnitur mebli do dwóch pokoi.
— Nie wiem, czy będę mógł i w tych dniach.
— Zlituj się pan, panie Pawle! Choćby się kto nawet gniewał, to przez kilka lat i o gniewie się zapomni, a przecie kochają tam pana jak brata.
— Musiałbym, widzisz, sprawiać sobie frak, a mój już bardzo stary, ostatni raz miałem go na sobie, kiedym wam dziecko trzymał do chrztu. Swatano mnie kiedyś z panną Karoliną. Jak mnie zobaczy jeszcze kawalerem, nieco szpakowatym, to gotowa i naśmiać się ze starego — rzekł z uśmiechem, poprawiając sobie gęstą czuprynę, srebrzącą gdzieniegdzie przy końcach.
— Nic nie pomoże! Pan Beleński i brat pani Karoliny wiedzą, gdzie pan budowniczy mięszka, i zmuszą pana.
— To najmniejsza, panie majstrze Sierocki! Zresztą zobaczę — odparł Paweł, któremu słowa towarzysza przypominały cały dramat uniesień, opasany uroczym wiankiem lat młodzieńczych. Ale u męża poświęconego całą duszą zawodowi i pracy dramat ów, nawet wśród marzeń samotnych, przybierał coraz bardziej